Matt Taibbi: Media bez niuansów, wszystko jak film o kowbojach

Dziennikarze po obu stronach mówią: oto moja publiczność, wiem, czego chcą, wiem, co myślą, i to ode mnie dostaną. Dają im to, co się sprzeda – mówi Krzysztofowi Cieślikowi amerykański dziennikarz Matt Taibbi, autor książki „Nienawiść sp. z o.o.".

Publikacja: 19.02.2021 10:00

Matt Taibbi: Media bez niuansów, wszystko jak film o kowbojach

Foto: materiały prasowe

Plus Minus: Współczesne media informacyjne są przede wszystkim formą rozrywki i uzależnienia. Jak do tego doszło?

Powody są w dużej mierze organiczne, bo większość biznesu informacyjnego to właśnie... biznes. Spółki medialne, które tworzą te treści, starają się zaangażować odbiorców w największym możliwym stopniu. W ciągu ostatnich kilku dekad wypracowały strategie komercyjne, których celem jest uzależnienie widzów od swoich programów. Stąd rozrywkowy charakter telewizji. Ale giganci medialni odkryli też, że jeśli będą dostarczać treści irytujące czy rozwścieczające odbiorców, za sprawą których ludzie nie znoszą innych grup społecznych, mogą osiągnąć podobnie uzależniający efekt, co z pomocą rozrywki. Ludzie lubią się wściekać, lubią czuć się lepsi, lubią czytać czy oglądać programy o tych, którzy są gorsi od nich. To bardzo prosta strategia komercyjna, mająca na celu zaangażowanie odbiorców, uzależnienie ich od tego medialnego doświadczenia.

A poza tym jak zmieniły się media, odkąd zaczął pan w nich pracować przed 30 laty?

Były dwa takie okresy wielkich zmian. Pierwszy z nich to lata 80. i początek lat 90., czyli w czasach, gdy zaczynałem pracę dziennikarską.

W Associated Press?

Pierwsza rzecz, którą napisałem, była pewnie właśnie dla agencji prasowej Associated Press. Ale w Moskwie, gdzie trafiłem na studiach, pracowałem przede wszystkim dla „The Moscow Times", współpracowałem też z wieloma różnymi agencjami prasowymi, potem wydawałem tam własną anglojęzyczną gazetę, a wreszcie zacząłem pisać dla „Rolling Stone'a". Na przełomie lat 80. i 90. królowało coś, co można by nazwać obiektywnym stylem prezentowania wiadomości telewizyjnych, który był pozbawiony emocji, zdystansowany, trzecioosobowy. Zadaniem „obiektywnego" prezentera było po prostu przedstawienie faktów. Ta strategia komercyjna opierała się na tym, że w Stanach Zjednoczonych istniały tylko trzy ogólnokrajowe sieci telewizyjne: ABC, CBS i NBC – starały się one zdobyć całą widownię, próbowały więc pokazywać wszystko tak chłodno, jak tylko się dało.

Potem pojawiły się telewizje kablowe i internet. Po pierwsze, powstały dzięki temu nadające przez całą dobę kanały informacyjne. Spółki medialne znalazły się wtedy pod presją – musiały tworzyć o wiele więcej materiałów niż do tej pory. Po drugie, krajobraz medialny stał się przez to o wiele bardziej różnorodny, a co za tym idzie, nie rywalizowało się tylko z NBC czy CBS, ale z wieloma kanałami i tysiącami stron internetowych dostarczających wiadomości, plotek i rozrywki. Giganci musieli więc opracować nowe strategie, by nie pozwolić na odpływ odbiorców. Zdali sobie sprawę, że zamiast walczyć o całą publiczność, powinni skoncentrować się na jej wycinku i go zdominować. Pierwszą stacją, której się to udało, było Fox News. Przez pewien czas tylko oni robili to świadomie. Ale przez ostatnie 15 lat, a już szczególnie od czasu pojawienia się Donalda Trumpa, naprawdę wszyscy działają w ten sposób. Dlatego jeśli pracujesz dla mediów „lewicujących", piszesz tylko dla swojej publiczności, nie starasz się nawet dostarczać wiadomości konserwatystom, libertarianom, komukolwiek innemu. Każdy ma więc teraz własnych odbiorców i zwraca się wyłącznie do nich.

Dlaczego i w jaki sposób media tworzą te podziały i manipulują odbiorcami?

Sednem jest strategia czysto biznesowa. Media chcą zarobić tyle, ile się da. Weźmy choćby „New York Timesa" za czasów Trumpa. Mimo że zaw-sze było tam sporo propagandy i kłamstw, że wspomnę choćby o wojnie w Iraku...

Do tego jeszcze wrócimy.

No więc „Times" zawsze zgłaszał pretensje do tego, by występować jako bezstronne medium, zresztą slogan tej gazety brzmiał „Wszystkie wiadomo-ści, które nadają się do druku". Ale gdy pojawił się Trump, „New York Times" kompletnie zmienił swoją strategię. Zamiast prezentować tę zdystan-sowaną postawę sprzed lat, stał się rozpolitykowanym, przesadnie zadufanym w sobie medium.

Myślę, że niewiele różni się to od sytuacji w Polsce.

Naprawdę? Największe gazety też się tak zachowują?

Wiele z nich tak, są liberalne, bo nie powiedziałbym lewicujące albo prawicujące.

To tak, jakby istniały dwie główne marki handlowe. Poza tym zmienił się też model biznesowy. O ile wcześniej opierał się na reklamach i sprzeda-ży kioskowej, o tyle dziś polega niemal wyłącznie na prenumeracie cyfrowej. Dzisiaj „New York Times" ma największą bazę subskrybentów na świe-cie, ponad 6 mln ludzi. I to jest odbiorca, do którego chcą trafić, nikt inny ich nie interesuje.

Jest jeszcze inna sprawa, o której pisze pan w „Nienawiści sp. z o.o.". Dawniej dziennikarze często pochodzili z klasy pracującej, że wspomnę choćby Pete'a Hamilla czy Marka Breslina. Co stało się z mediami, że dla takich ludzi nie ma w nich dziś miejsca? Dlaczego większość dzisiejszych dziennikarzy to, jak pan pisze, „niewydarzeni humaniści"?

Bez wątpienia przed laty nie brakowało w mediach problemów. Pracowali w nich tylko biali goście, jak ja. Miałem zresztą okazję poznać Breslina i innych dziennikarzy z tamtych czasów, którzy popijali w nowojorskich barach. Ale praktycznie w każdej gazecie był felietonista z klasy pracującej, który cieszył się ogromną popularnością i pisał językiem zwykłych ludzi. Zwykle to nie był absolwent którejś uczelni z Ligi Bluszczowej. W Bostonie, gdzie dorastałem, czytało się Mike Barnicle'a, który potem zaczął pracować w MSNBC. Barnicle mówił jak gość z Southie, gdzie mieszkali głównie irlandzcy katolicy z klasy pracującej. Tych wszystkich ludzi stopniowo się pozbyto. Zastąpiono ich w gruncie rzeczy dziennikarzami takimi jak ja, czyli dobrze wykształconymi kolesiami z pozytywnym nastawieniem do klasy pracującej. A potem pozbyto się nas, mnie czy Thomasa Franka, autora „Co z tym Kansas?". W nasze miejsce ściągnięto neoliberałów po Lidze Bluszczowej. Dlatego pisanie z punktu widzenia, o którym pan wspomina, prak-tycznie nie gości już na łamach dużych gazet.

Wróćmy do Iraku, to jeden z tych przypadków fatalnej dziennikarskiej roboty, którym się pan przygląda, obok ostatniej afery z powiązaniami Trumpa z Rosją. Dlaczego żaden dziennikarz nie poniósł konsekwencji za jednoznaczne popieranie tej wojny? Jak to w ogóle możliwe, że znani dziennikarze porównywali Saddama Husajna do Hitlera albo Stalina i nadal mają się świetnie?

Saddam Husajn z pewnością nie był wzorem cnót, ale chciano zastraszyć ludzi i umożliwić podjęcie zupełnie irracjonalnej decyzji. Bez wątpienia Irak nie miał nic wspólnego z zamachami 11 września, więc ludzie, którzy chcieli dokonać inwazji, musieli wymyślić uzasadnienie, które zaakceptują Amerykanie. Ostatecznie nie wymyślili nic specjalnie przekonującego. Zresztą jak to brzmi? Teoretycznie możliwe, że Irak Saddama skonstruuje w końcu broń jądrową, którą być może udostępni terrorystom...

Ale dlaczego dziennikarze w ogóle podjęli rządową linię argumentacji?

Zacznijmy od tego, że często nie są to ludzie nadmiernie bystrzy. Druga rzecz to kwestia tego, że wielu z nich funkcjonuje w bańce i nie rozmawia z nikim poza własnymi znajomymi. Kiedy ktoś z rządu, CIA czy Pentagonu ich okłamuje, często nie zdają sobie z tego sprawy. Poza tym dochodzi kwestia poważnych konsekwencji finansowych, jeśli nie zajmie się właściwego stanowiska. Spójrzmy choćby na sytuację z Philem Donahue przed rozpoczęciem wojny. Prowadził jeden z najbardziej popularnych programów w MSNBC. Wyrzucono go za sprzeciw wobec wojny. Jesse Ventura miał dziesięciomilionową umowę, którą zerwano. To sprawiło, że ludzie zaczęli się bać o swoją pracę. Takie rzeczy działają podświadomie. A co do braku konsekwencji za pisanie czy gadanie o broni masowego rażenia, to z punktu widzenia gazet i telewizji ich dziennikarze wcale nie popełnili błędu. Robili, co należy do ich zadań, powtarzali głupią propagandę. A za to się nagradza. Redaktorem naczelnym „The Atlantic" jest dziś Jeff Goldberg, jeden z największych entuzjastów wojny. Tacy ludzie pracują zresztą wszędzie.

A dostrzega pan jakieś różnice na ogólnym poziomie tworzenia treści, docierania do odbiorców czy doboru tematów między mediami prawicowymi a lewico-wymi w Stanach?

Nie, robią to samo. Dziennikarze po obu stronach mówią: oto moja publiczność, wiem, czego chcą, wiem, co myślą, i to ode mnie dostaną. Dają im to, co się sprzeda. Jedyna różnica polega na tym, co chcą usłyszeć odbiorcy. Jedni uważają się za mądrych, lepszych kulturowo, racjonalnych. Drudzy widzą w sobie ludzi sprawiedliwych, odpowiedzialnych patriotów, którzy cenią etykę pracy.

Co próbują dziś w takim razie sprzedać media poza rozrywką? Twardą tożsamość?

Sprzedają podziały, na pewno też tożsamość. Ale myślę, że przede wszystkim sprzedają ludziom pewien obraz ich samych. Jeśli czytasz na przy-kład „New York Timesa", ciągle dowiadujesz się, że jesteś dobrze wykształcony, lepszy kulturowo, wyczulony na kwestie rasizmu. I właśnie to sprzedaje im „Times" – ich własny obraz. To samo robią media prawicowe. Jeśli je oglądasz, masz wrażenie, że zostałeś wykorzystany, jesteś w mniejszości, która walczy z kulturową hegemonią, wierzysz w swój kraj, podczas gdy wszyscy inni mają go gdzieś.

Pisze pan, że telewizja informacyjna przedstawia dziś świat tak, jakby transmitowała jakieś widowisko sportowe. Czy w tym ujęciu jest miejsce na kogoś innego niż dobry i zły, bohater i czarny charakter?

Dobre pytanie, bo większość wiadomości jest dziś strasznie uproszczona. Nieważne, co oglądasz. Oglądasz Fox News? To każda historia opowiada o liberalnym lewaku, który uważa, że jedynym rozwiązaniem jest rząd, chce odebrać ci prawa, broń, nabić głowy twoich dzieciaków propagandą. Zawsze wygląda to w ten sposób. Oglądasz MSNBC? Każda informacja mówi o tym, jak źli Republikanie chcą zniszczyć świat. W rzeczywistości poli-tyka wygląda zupełnie inaczej, politycy nie są czarno-biali, a wiele problemów ma charakter ponadpartyjny i złożony. Ale media nie dopuszczają dziś niuansów, wszystko pokazują jak jakiś film o kowbojach, sprzedają bardzo binarny obraz świata.

Skąd widzowie i czytelnicy czerpią dziś wiedzę?

W dużej mierze z dużych sieci telewizyjnych, ale w coraz większym stopniu także z mniej tradycyjnych źródeł, których nie nazwalibyśmy stricte informacyjnymi. Zaczęło się to za czasów Busha, gdy dla wielu ludzi źródłem wiadomości stało się „Daily Show" Jona Stewarta, w gruncie rzeczy program satyryczny. Tak samo z podcastem „Joe Rogan Experience". Dużą rolę odgrywają filmy i seriale, Netflix, Amazon Prime. Tradycyjne źródła informacji tracą swój monopol. Myślę, że po części stoi to także za radykalizacją tradycyjnych mediów, które nie chcą stracić odbiorców.

Jak wpłynęła na sytuację mediów pandemia? Czy przyczyniła się do rosnącej polaryzacji między konserwatywną i liberalną publicznością? I czy pana zdaniem da się tę polaryzację powstrzymać?

Pandemia na pewno nie pomogła, ponieważ jednym z antidotów na propagandę jest spotkanie i rozmowa w cztery oczy. Rzeczywistość to na-prawdę dobre antidotum na fatalne media. Ludzie zamknięci w domach nie mają ze sobą kontaktu, przez co w coraz większym stopniu uzależnieni są od tego, co o świecie mówią im internet albo telewizje informacyjne. Myślę, że pandemia przyspieszyła ten proces polaryzacji, pogłębiła podział.

Jaka przyszłość czeka media? Myśli pan, że powinniśmy się nastawić na to, co znamy, tylko w gorszej wersji, czy na jakąś większą zmianę?

Myślę, że czeka nas większa zmiana. Widać już, że tradycyjna telewizja informacyjna nie ma takiego wpływu jak dawniej. Największą publiczność w kablówkach gromadzi dziś chyba Tucker Carlson z Fox News. To od 3,5 do 4 mln ludzi w dobry dzień. Najważniejsi dziennikarze MSNBC mogą się poszczycić połową tego, może trzema czwartymi. Wywiad Joego Rogana z Edwardem Snowdenem oglądało jakieś 16 mln widzów. Media głównego nurtu mają więc dziś dużo mniejszą oglądalność niż jeszcze kilka lat temu. Sądzę, że ktoś wymyśli, jak dotrzeć do tych, którzy odeszli sprzed telewi-zorów. Nie mam pojęcia, czy to będzie internetowy serwis wiadomości na żądanie czy jakieś niezależne medium. Dziś produkcja wiadomości jest dużo tańsza niż kiedyś. We dwóch moglibyśmy stworzyć międzynarodową organizację medialną za drobniaki w porównaniu z tym, ile kosztowałoby to w 1980 czy 1985 roku. Zasięg tradycyjnej telewizji się zmniejszył i coś musi ją zastąpić. Inna sprawa, że ludzie coraz rzadziej przyswajają informacje w postaci tekstów, nie czytają książek. Gdy chcą się dowiedzieć czegoś na jakiś temat, w większości oglądają filmiki na YouTubie albo gdzieś indziej. Tak więc to, co przyjdzie, będzie się różnić od tego, co znamy.

Czy po tylu latach pracy wierzy pan jeszcze w media? Wierzy pan w dziennikarzy, którzy chcieliby rzucać odbiorcom wyzwanie?

Jak najbardziej. Rozmawiamy głównie o ciemnej stronie mediów, ale uważam, że media są niezwykle ważne, potrafią inspirować, zmieniać społe-czeństwo. W Stanach mamy ogromne tradycje, jeśli chodzi o dziennikarzy ujawniających rozmaite afery. Ci ludzie wywarli wielki wpływ na naszą kulturę i politykę, że wspomnę tylko o Woodwardzie i Bernsteinie albo o kimś, kogo miałem okazję dobrze poznać, czyli Seymourze Hershu, który ujawnił prawdę o masakrze w My Lai i o więzieniu Abu Ghurajb. Ale też wielki wpływ na naszą kulturę wywarli tacy ludzie jak Tom Wolfe, Terry Southern, Hunter Thompson, Ida Tarbell czy H. L. Mencken, mój idol. Oni wszyscy wpłynęli na sposób, w jaki Amerykanie postrzegają siebie, na to, jak mówią. Mieszkałem przez dłuższy czas w Rosji i widziałem w akcji tamtejszych dziennikarzy i ich imponującą pracę, przyjaźniłem się z Anną Polit-kowską i Jurijem Szczekoczichinem. Ludzie zawsze będą szukać dobrego darmowego dziennikarstwa, które ujawnia tajemnice i mówi prawdę. Problem polega na tym, że dziś trudniej znaleźć teksty czy programy na tym poziomie. Branża straciła swoje poczucie misji. W ostatniej dekadzie media coraz rzadziej rzucają wyzwanie władzy. Ale takie dziennikarstwo wróci.

Czyli jest pan optymistą?

Tak, chociaż umiarkowanym.

Plus Minus: Współczesne media informacyjne są przede wszystkim formą rozrywki i uzależnienia. Jak do tego doszło?

Powody są w dużej mierze organiczne, bo większość biznesu informacyjnego to właśnie... biznes. Spółki medialne, które tworzą te treści, starają się zaangażować odbiorców w największym możliwym stopniu. W ciągu ostatnich kilku dekad wypracowały strategie komercyjne, których celem jest uzależnienie widzów od swoich programów. Stąd rozrywkowy charakter telewizji. Ale giganci medialni odkryli też, że jeśli będą dostarczać treści irytujące czy rozwścieczające odbiorców, za sprawą których ludzie nie znoszą innych grup społecznych, mogą osiągnąć podobnie uzależniający efekt, co z pomocą rozrywki. Ludzie lubią się wściekać, lubią czuć się lepsi, lubią czytać czy oglądać programy o tych, którzy są gorsi od nich. To bardzo prosta strategia komercyjna, mająca na celu zaangażowanie odbiorców, uzależnienie ich od tego medialnego doświadczenia.

Pozostało 93% artykułu
Plus Minus
Trwa powódź. A gdzie jest prezydent Andrzej Duda?
Plus Minus
Liga mistrzów zarabiania
Plus Minus
Jack Lohman: W muzeum modlono się przed ołtarzem
Plus Minus
Irena Lasota: Nokaut koni
Materiał Promocyjny
Wpływ amerykańskich firm na rozwój polskiej gospodarki
Plus Minus
Mariusz Cieślik: Wszyscy jesteśmy wyjątkowi